Tak, wiem - lanie wody a akcja stoi w jednym miejscu ^^'. Bohaterowie, świat i bóstwa wykreowane są przeze mnie, choć nie ukrywam że wzorowałam się na historiach niektórych krain przez które przeprowadziłam rzesze postaci ;)
Mrok równocześnie jest przyjacielem, jak i wrogiem
Zielone oczy mignęły w ciemności, po czym zniknęły za drzwiami jakiegoś domostwa wraz z ciągnącym się kremowo-białym, puszystym ogonem. Za szklaną taflą szyby, powoli przesuwał się niewysoki cień, który co chwila zmieniał swój kształt zależnie od zagięć bordowej kotary. Cichy stukot obcasów wtórował każdemu ruchowi kobiety, burząc ciszę panującą dotąd w pomieszczeniach. Dom stał na uboczu, świetnie kamuflując się między dwoma innymi, o wiele bardziej rosłymi i zgrabnymi domostwami niż ten należący do Liseth. Jednopiętrowy, szary, z ceglanym dachem i krzywym kominem górującym nad przybytkiem nieumarłej - tak w skrócie opisać można było miejsce, w którym ostatnie pół roku spędziła brązowooka obywatelka miasta Khaersis.
Bezchmurne niebo rozkładało swe ramiona wraz z iskrzącymi się na nim punktami - kapłankami bogini Ksieżyca. Mimo dosyć później pory sierp widoczny na granatowym sklepieniu rozpraszał ciemność. W powietrzu czuć było wilgoć, osiadająca na wszystkim wokoło, ciężką i przytłaczającą. Tuż nad ziemią unosiła się gęsta szarobiała pierzyna mgły, przysłaniająca kostkę brukową - typowo ponura dla tej części metropolii. Życie miasta toczyło się własnym torem i rządziło się swoimi prawami. Stolica znana była przede wszystkim z nieco enigmatycznego króla, który większość czasu spędzał w swojej monumentalnej fortecy, bardziej interesując się losem złotego kruszcu zalegającego górami w zamkowych podziemiach niż życiem krainy. Jednak każdy mieszkaniec niejednokrotnie natknął się na jego małżonkę węszącą wszędzie i umiejącą wykryć uknuty spisek w Khaersis i okolicach. Wbrew swemu okrutnemu charakterowi, była ona najpiękniejszą kobietą w mieście, olśniewająca szerokim uśmiechem męską część obywateli.
Tego jak i każdego innego wieczora, pięć po dziesiątej drzwi domu Liseth uchyliły się z głośnym skrzypem. Kartki księgi spoczywającej na blacie małego stolika przeleciały z szelestem. Wiatr owionął pomieszczenie gasząc nikły język ognia i pozwalając wtargnąć ciemności do wnętrza budynku. O drewnianą framugę opierała się plecami niewysoka postać. Purpurowe poły kaptura skrywały oblicze istoty, pozostawiając jedyne słabo widoczne w mroku bladoróżowe usta i porcelanowy podbródek. Peleryna spływała po łopatkach kobiety, spowijając szczupłe ciało w barwach szkarłatu. Krótkie westchnienie wyrwało się z piersi Liseth jak zwykle przeraźliwie lodowatej. Brązowe oczy powędrowały szybko w stronę alei, gdzie panowała niczym nie zmącona cisza. Kilkoma nadzwyczaj szybkimi ruchami dłoni, którą otaczał delikatny koronkowy materiał, przekręciła mosiężny klucz w zamku. Strzępy mgły przenikały odzienie Liseth. Siwe opary zawsze kojarzyły się z błądzącymi duszami, wynurzającymi się z otchłani jedna po drugiej...
Dochodziła jedenasta.